Wita ich na nagrzanej od słońca ławce przed domem, osiadłej w gnieździe miękkich zielsk. Na twarzach wszystkich odprężają się wieczorne promienie słońca. – Tam dalej, piętnaście kilometrów w dół rzeki zobaczysz wielką, okrągłą skałę. Bóg wie, kto ją stworzył: czy człowiek, czy Bóg, czy coś jeszcze? – opowiada zwykle o swojej okolicy. – Alinka! Proszę cię, przyniesiesz do tego samogonciku? – woła raz jeszcze Piotr. – Sam robiłem – iskrzą mu oczy, gdy polewa po pół kubka. – Przemieszałem wszystkie owoce. Pyszny. Z owoców z naszego ogrodu. Ni to bimber, ni nalewka, ni wino. Wyśmienity, czysty, pożywny. Nie za słodki, nie za mocny, choć świeczki w oczach staną. Nie zdarza się to często. Przecież Piotr, 77 lat (dwa dni temu urodziny, zjechała się rodzina, ależ była uroczystość!) i jego żona Alinka, 76 lat, mieszkają na końcu świata. A komu się chce jeszcze szukać końców świata, komuż chce się do nich docierać, a co dopiero – komuż chce się tam mieszkać?! Komuż chce się wierzyć, że poza gwarem i hukiem linii transsyberyjskiej ktoś jeszcze żyje, że w…
Autor m.in. Podkrzywdzia i Bez. Ostatnio wydał Dom ojców, opowieść o uprawie ziemi i prehistorii. Mieszka w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej