Katarzyna Pawlicka: Pracę scenografa teatralnego rozpoczął Pan na początku lat 80. od Caliguli w Teatrze Współczesnym w Szczecinie. Dziś niewiele mówi się o teatrze tamtego trudnego okresu, ponad to, że polscy twórcy byli odcięci od zachodnich tendencji, ograniczeni przez budżety i cenzurę.
Andrzej Witkowski: Teatr jest zawsze odbiciem czasów, w których powstaje, a lata 80. okazały się niewdzięczne dla każdego rodzaju działań. Trudno powiedzieć, na ile polski teatr był podobny do zachodniego – myślę, że na pewno chciał opowiadać o tym, co „tu i teraz”. To nie było proste: cenzura wzmocniła się w porównaniu do dekady wcześniejszej. Istotne dla nas i dla widzów tematy podejmowaliśmy więc w sposób aluzyjny. Do dziś uważam zresztą, że myślenie metaforą służy sztuce.
Widzowie chcieli jednak, by przekaz był jednoznaczny.
Słowo „Polska” zawsze wywoływało oklaski. W Wyzwoleniu Kazimierza Dejmka każde wejście Haliny Mikołajskiej poprzedzały brawa. W pewnym momencie ten rodzaj odbioru, polegający na doszukiwaniu się aluzji do bieżącej sytuacji politycznej, zaczął mnie zresztą irytować. Wydźwięk przedstawienia nie był zazwyczaj tak jednoznaczny, jak mogłoby się wydawać. Ludzie, przygnieceni psychicznie rzeczywistością, potrzebowali jednak jasnych komunikatów.
Inaczej funkcjonowali też scenografowie zatrudnieni na etacie w konkretnym teatrze. Dziś wielu pracuje na umowach o dzieło, jeżdżąc za pracą po całej Polsce.Nie mogę się do końca zgodzić – w latach 80. stosunkowo niewielu scenografów pracowało na etatach. W dodatku etat zapewniał jedynie ubezpieczenie, ale na pewno nie możliwość przeżycia. Jeśli dobrze pamiętam, symboliczne pieniądze z…