Herbert – jak sądzę – pochwaliłby to, że Franaszek nie pisał jego biografii „na kolanach”. Sam ten gest uważał, owszem, za stosowny, bo na kolana padał, ale jedynie dla żartu (zachowały się fotografie Herberta klęczącego przed znajomymi poetkami czy poetami). To, co pisał o postawie wyprostowanej w swoich wierszach, dotyczyło innych sytuacji i okoliczności niż wygłupy towarzyskie. Widać, że Franaszek Herberta uwielbia – przekazuje wiedzę nie tylko o jego zaletach, ale i o wadach, nie zawsze go chwali, nie zawsze nawet przyznaje mu rację, ale też nie można powiedzieć, żeby go jednoznacznie krytykował. Nawet jeżeli pisze o czymś, co stawia poetę w niezbyt korzystnym świetle, szuka okoliczności łagodzących, stara się go wytłumaczyć, usprawiedliwić, wyjaśnić motywacje pewnych decyzji, zachowań, wypowiedzi. Bywa, że z niego żartuje, przyjmuje ton pobłażliwy – np. kiedy mowa o młodzieńczych listach poety, niewolnych od przechwałek i aluzji dotyczących życia erotycznego, zresztą naiwnych i rzeczywiście godnych pobłażliwego tonu. Bywa, że pozwala sobie na zgryźliwość wobec niego. Franaszek stara się opisać…
Absolwentka filologii polskiej Uniwersytetu Łódzkiego, redaktorka i animatorka kultury. Publikowała w „Siódmej Prowincji”, „Kalejdoskopie”, „Akcencie”, „Tyglu Kultury”. Interesuje się zjawiskiem komizmu w literaturze i kulturze.