Historia losów teologii w nowoczesności jest historią jej wywłaszczenia. Wyjątku od tej reguły nie stanowi także, kluczowe dla Lipszyca, dziedzictwo żydowskiej myśli religijnej. Tracąc bezpieczną samoistność, dochodzi odtąd do głosu wyłącznie w odkształcających ją językach pożyczonych. Zarazem jednak naznacza pozornie neutralne słowa śladem osobliwego judaizmu, który dyskretnie zakrzywia ich trajektorię. W ten sposób teologiczna obietnica zbawienia i oświeceniowe żądanie emancypacji formują zdumiewający splot, odnajdując wspólny cel: sprzyjanie racjom jednostkowego życia. Dlatego właśnie uprzywilejowanym obszarem tych frapujących negocjacji staje się w nowoczesności literatura, „ta dziwna instytucja”, która pozwala artykułować się doświadczeniom istnienia poszczególnego. To w odpowiedzi na tę sytuację ukształtował się pisarski idiom Lipszyca. Opracowana przez niego na marginesie utworów Paula Celana koncepcja „teologii literackich”, mnogich pojedynczością każdego tekstu i każdej osoby piszącej, zostaje w Czerwonych listach przetestowana podczas lektury prac 13 przedstawicieli literatury polskiej. Jakkolwiek autor pozostaje w orbicie paradygmatycznego dla rozumienia związków nowoczesności i teologii dorobku Waltera Benjamina, to jednak akcenty rozkładają się tu nieco inaczej, patronat zaś przyznany zostaje, na pierwszy rzut oka być może nieco niespodziewanie, Jakubowi Frankowi. Co takiego może dziś pociągać w działalności żydowskiego herezjarchy, który w dogorywającej I Rzeczpospolitej wszczął swoją osobliwą mesjańską awanturę?
*
Specyfika Lipszycowej lektury frankizmu uwyraźnia się już w tytule. Miano Czerwonych listów, od koloru atramentu, jakim je spisano, nosiły odezwy Franka, które jego zwolennicy posłali w świat po śmierci przywódcy. Relacja, jaką Lipszyc zawiązuje z żydowskim herezjarchą, nie sprowadza się do aluzyjnego mrugnięcia okiem lub prostej spłaty intelektualnych długów. Czyniąc ze szczególnego rodzaju powtórzenia…