Minima moralia, czyli pre-etyka
Dlaczego, ostatecznie, „minima moralia”? Przede wszystkim z powodu pełnej szacunku niechęci wobec Arystotelesa. Pełnej szacunku, bo jedyne miejsce w zainaugurowanej przez niego tradycji Magna Moralia, do jakiego możemy pretendować, to skromna pozycja autora drugorzędnego. Niechęci, bo mamy alergię na Arystotelesowski „maksymalizm”, na jego nieograniczoną, niewzruszoną, ścisłą kompetencję. Następnie „minima moralia”, ponieważ sytuowanie dyskursu na poziomie innym niż poziom własnych ograniczeń oraz poziom współczesnego relatywizmu wydawałoby się nam gestem nieuczciwym. W rzeczy samej, na tych stronach mowa jest nie o etyce, lecz o jakiejś pre-etyce, o przygotowawczym sondowaniu, którego jedyną ambicją jest wzbudzanie etycznego zatroskania, a nie jakakolwiek systematyczna konstrukcja. Co więcej, zadajemy sobie pytanie, czy jakakolwiek etyka spisana może być czymś innym niż „małą etyką”. Etyki wielkie to te, które realizują się w efektownej intrydze jakiegoś niepowtarzalnego ludzkiego życia; przeżywa się je, a nie komentuje. Jeśli chodzi o prawdziwe „problemy” moralne, to nie są one z rodzaju tych, które „stawiasz przed sobą” z ołówkiem w ręku, poddając je swobodnemu – jakkolwiek odpowiedzialny by on był – namysłowi, lecz tych, przed którymi stajesz, które zdarzają sięnieoczekiwanie, z ostateczną siłą faktów bieżącego życia. Niniejsze rozważania nie mogą przynieść satysfakcji czytelnikowi spragnionemu klarownych recept, nieomylnego etycznego rozwiązania. Potrzeba przewodnika to nieraz potrzeba życia przez pośrednika, przerzucenia na kogoś…