Kreśląc portret takiego jak on, trudno zdecydować, czy zacząć od narodzin czy śmierci – śmierć wypada tutaj o niebo ciekawiej niż narodziny. Sam zresztą albo nigdy swojego autoportretu nie namalował, albo taki zniknął. Bo zaginęło prawie wszystko. Zanim jego ocalałe dzieła spłonęły w czasie powstania warszawskiego, wszystko rozdał, sprzedał albo zgubił. Miał dziwny zwyczaj – po wystawie swoich prac (mówimy tu o fest wystawach: Zachęta, Paryż, Berlin) na pytanie organizatora, co z nimi począć, kazał się ich pozbyć. Gdy Anatol Stern, przymierzając się po wojnie do jego monografii, wysłał list do brata zmarłej Teresy Żarnowerówny, która mogła posiadać kilka jego prac, dostał zwrotkę z czarną naklejką: dead. Czuły i pomocny, a potrafił dać w pysk. Opisywały go w zasadzie same sprzeczności. Był jak meteor, a jego pisma – zapomniane podobnie jak sama postać – brzmią w erze wirtualnej gadki szmatki wyjątkowo na czasie. Jego życiorys był tak gęsty, że w którekolwiek miejsce położyć by palec, wywoła się godny wspomnienia epizod, temperamentną scenę, ciętą frazę, gest, klarowny nawet bez całego kontekstu historycznego. Mimo wszystko – od narodzin.
1.Urodził się w warszawie w 1898 r. jako syn litografa i pracowniczki biurowej. Ojciec był rysownikiem „Kłosów”, wypisywał w języku angielskim rozmaite zaproszenia i wizytówki, co w młodości Szczuki wychodziło już kompletnie z mody. Ojciec zarabiał więc słabo i od święta. Od rzemiosła odciągała go odziedziczona Bóg wie po kim pasja do kolekcjonowania drobnych żyjątek, po które wybierał się często na obrzeża Warszawy. Preparował je i zamykał w domu na Wspólnej 20 w specjalnych gablotkach, żeby sprawdzić, jak przystosowują się do nowych warunków. W takim otoczeniu dorastał Mietek, który szybko chwycił za starannie zaostrzony węgiel, na początku kopiując pod okiem ojca patetyczne sceny Matejki. Jako…