Dlaczego tak wiele pojęć finansowych gości w naszym codziennym języku? Mówi się często i w różnych kontekstach o cenie, długu, odkupieniu…
Finansowe źródło tych terminów jest pozorne. W istocie to dowód na ciągłość i żywotność najstarszych doświadczeń ułomności i braku, jakimi obciążone jest nasze istnienie i wszystko, co robimy. Obecnie przedstawia się to w innym przebraniu, ale są to pojęcia – zabrzmi to może paradoksalnie – zawierające intuicje metafizyczne. Dzisiaj występują one po prostu w kostiumie związanym ściśle z centralnym rdzeniem naszej cywilizacji – mechanizmami wymiany, rynku i ekonomii.
O jaką metafizykę chodzić może np. w długu?
Pole semantyczne długu wiąże się – a niejednokrotnie nawet pokrywa – ze znaczeniem innych słów, takich jak: wina, powinność, obowiązek, grzech, błąd, pomyłka. Ich wspólnym i nadrzędnym mianownikiem jest, moim zdaniem, poczucie fundamentalnego braku leżącego u podstaw całego ludzkiego świata. Takie przekonanie łączy niemalże wszystkie starożytne kultury i odsyła do czegoś poza światem albo do prapoczątków jego i człowieka. Mówiąc o długu, mówimy wyraźnie o poczuciu jakiegoś braku.
Braku czego?
Różnych rzeczy. Nieraz konkretnie tego nie wiemy, ale czujemy, że pierwotnie czegoś nas pozbawiono, że od początku czegoś nam brakuje. U Rzymian na wyrażenie tej intuicji są dwa słowa: debeo oraz pecco. Ważniejsze jest to pierwsze, od niego wprost pochodzi debitum, czyli dosłownie dług, co widać dzisiaj wprost chociażby w angielskim terminie debt. Pierwotnie było to de-habeo, czyli nie mieć czegoś. Początki świata i człowieka są naznaczone jakąś niedoskonałością, ułomnością, błędem. I to nas prowadzi do przypuszczenia, że zadaniem człowieka jest ten brak jakoś wyrównać – spłacić zaciągnięty ongiś dług.
Komu? Tym, którzy byli przed nami – przodkom? To zależy od struktury religijnej danej kultury. Jeśli…