Coś złego dzieje się z najnowszą rodzimą prozą – takie, najrozmaiciej egzemplifikowane zawodzenie rozbrzmiewa w Polsce regularnie. Ostatnio do chóru zaniepokojonych dołączył Kazimierz Orłoś, ubolewając nad stanem krytyki literackiej, która (wiadomo, kto zawsze jest winien) fatalnie wpływa na współczesną literaturę polską. Zwłaszcza ta „głośna” – jak ją pisarz określa – część krytyki, często zaopatrzona w tytuły naukowe, ustanawia hierarchie i kształtuje opinie czytelników. „To ona – przekonuje autor Cudownej meliny – odpowiada za powierzchowność książek pisanych w pośpiechu, bez zachowania dystansu, bez głębszej refleksji, co – jeśli chodzi o prozę, zwłaszcza realistyczną – jest warunkiem niezbędnym”[1]. Wygląda na to, że Orłosiowi bliskie jest coś, co jeden z amerykańskich krytyków nazwał „tradycyjnymi wartościami literatury”, a co dla Paula Austera – to właśnie jego prozie krytyk ów zarzucił brak rzeczonych wartości – zabrzmiało jak tekst, „który mógłby powiedzieć prawicowy polityk podczas kampanii wyborczej”[2]. Jednak jest w lamencie warszawskiego pisarza coś symptomatycznego i nie idzie bynajmniej o rytualne narzekania na współczesną literaturę. (Diagnozy Orłosia skonfrontowałbym chętnie z kilkoma książkami, które pojawiły się w ubiegłym roku; chociażby ze znakomitą powieścią Wiele demonów i nie mniej znakomitym Dziennikiem Jerzego Pilcha, z Ptasimi ulicami Piotra Pazińskiego, Małymi lisami Justyny Bargielskiej czy Ostatnim rozdaniemWiesława Myśliwskiego. Być może okazałoby się wówczas, że z nową prozą nie jest znów tak dramatycznie i od czasu do czasu także w Polsce powstaje literatura bardzo dobra, choć nie zawsze pisana w ulubionym przez Kazimierza Orłosia paradygmacie realistycznym). To, co dla nas najbardziej interesujące, pojawia się…
Dr nauk humanistycznych, filolog, krytyk literacki. Zajmuje się literaturą XX w., współczesną prozą polską i melancholią.