Świetnie zna chiński. Pracuje jako tłumacz dla chińskich firm w Indiach i indyjskich współpracujących z Chińczykami. Dobrze zarabia. Indusom słabo wychodzi nauka chińskiego, a potrzeby są duże. Nie wszyscy zleceniodawcy wiedzą, że jest Tybetańczykiem, choć tego nie ukrywa. Dwudziestopięcioletni Lodhen od 12 lat mieszka w Indiach na uchodźstwie. Studiuje język chiński na Uniwersytecie Dźawaharlala Nehru w New Delhi, jednym z najlepszych w kraju. Wcześniej próbował swoich sił w naukach ścisłych. Młodzi Tybetańczycy, podobnie jak Indusi, wychowywani są w przekonaniu, że tylko takie wykształcenie może zapewnić dobrą pracę w przyszłości. Ponieważ w czasie nauki w szkołach dla uchodźców zarządzanych przez Tybetańską Administrację Centralną, jak oficjalnie nazywa się tybetański rząd na uchodźstwie, Lodhen osiągał zawsze najlepsze wyniki, wszyscy widzieli w nim przyszłego inżyniera albo menedżera. On też. Szybko przekonał się jednak, że nauki ścisłe nie są dla niego. Być może na decyzję o zmianie kierunku studiów wpływ miała wiadomość o śmierci matki, którą przekazał mu ojciec podczas ich pierwszej od 12 lat rozmowy. By ją odbyć, Lodhen musiał udać się do Nepalu. Dzwoniąc z Indii, mógłby narazić rodzinę na niebezpieczeństwo. Telefony z Indii, tolerujących obecność i działalność Dalajlamy, „wilka w mnisich szatach”, jak go określa chińska propaganda, zawsze budzą podejrzliwość władz. Jako uczeń dostawał tygodniowo po kilka rupii (kilkanaście groszy) kieszonkowego. Nie miał też w Indiach żadnej rodziny, która mogłaby go wspomóc finansowo albo towarzyszyć w wyjeździe do Nepalu. Kiedy tam dotarł, zadzwonił do bogatego mieszkańca swojej rodzinnej wioski w Tybecie. Ten kazał mu zadzwonić jeszcze raz za…