Subskrybuj

Małe podróże

Wyjazdy do babci do Mirkowic to pierwsze podróże, które odcisnęły w mej jeszcze nie do końca rozwiniętej korze mózgowej ślad bieżnika, tak dzisiaj zamazany. Do Mirkowic było siedem kilometrów, prawie cały czas pod górę, bo jechało się w stronę Gór Świętokrzyskich.

To „pod górę” pamiętam bardzo dobrze z czasów, kiedy zdarzało mi się posuwać tam rowerem. A nie licząc dziecinnego „Bobo”, pierwszy rower był to czarny „Ural” mojego brata, kobylasta maszyna o wiele dla mnie za duża, na której najpierw jeździłem „pod ramę”, czyli w idealnej do zniekształcenia kręgosłupa i zwyrodnienia stawów biodrowych pozycji z nogą przełożoną właśnie pod ramą. Potem dosiadałem „Urala” już normalnie, górą, ale wciąż nie sięgałem siodełka, więc jeździłem cały czas stojąc na pedałach i boleśnie dostając ramą po jajcach, kiedy stopa omsknęła się z pedału. Jednak z tą pozycją znakomicie sobie radziłem za pomocą wyobraźni: wystarczyło wyobrażać sobie, że jest się samotnym uciekinierem z peletonu Wyścigu Pokoju, a już sposób jazdy na stojaka znajdował należyte uzasadnienie. Ale zanim potrafiłem dotrzeć do Mirkowic rowerem, jeździłem tam z rodzicami: początkowo na motorze lub ciężarówką, potem pekaesem, emkaesem i, jakże by inaczej, „okazją”. Na motorze…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Po 1 września. Groza codzienności