Kiedy zbliża się Boże Narodzenie wypada pisać zbożnie, podniośle, a przynajmniej koncyliacyjnie. Trudno o słodszy w swej poczciwości obrazek niż rodzina zgromadzona przy wigilijnym stole: sianko pod obrusem, pełna świecidełek choinka, opłatkowe życzenia, prezenty mające cieszyć bezinteresownością daru, a nie starannie zatartą ceną ze sklepu, tradycyjne potrawy, od wieków te same i od wieków tak samo wzruszające kolędy, wolne nakrycie pozostawione dla niespodziewanego gościa, nawet zwierzęta jakoby odzywające się w tę noc ludzkim głosem. Jakże z takiej okazji powracać do tego, co jątrzy, niepokoi albo nawet boli? Jak mówić o tym, co dzieli, kiedy jest to wieczór pojednania i dobrych życzeń? A już na pewno nie wypada przy takiej okazji wspominać o przebrzydłej polityce. Zacna słodycz i zbożne ciepło. Jednakże już w samych dostojnych symbolach wigilijnych skryty jest ból, podszyte są egzystencjalną trwogą, o której myśleć i której dostrzegać nie chcemy, a w świąteczny wieczór na pewno nie powinniśmy. Wcale nie dlatego, że świeżo wycięta i pięknie zielona choinka oznacza zniszczenie lasów i gwałt na świętej dzisiaj ekologii, przez co rozpowszechniają się obrzydliwe plastikowe imitacje. Jest to jedna z tych nowomodnych bajęd, w które wypada wierzyć osobom mającym się za postępowe i proekologiczne; tymczasem gdyby z iglastych młodników nie wycinano zbędnych świerczków i jodełek, nigdy nie przekształciłyby się w prawdziwy las, bo drzewa stłamsiłaby ciasnota. Więcej napaskudzimy na świecie rozkręcając produkcję plastików, a więc przynajmniej z powodu choinkowej tradycji możemy mieć czyste sumienie. Ale to tylko początek:…
Pisarz, publicysta, obieżyświat. Wydał między innymi powieść S.O.S., tomy esejów filozoficznych: Wołanie o sens oraz Paradygmat.